| |
|
Na początku było zaproszenie
Andrzeja Szpakowa, wiceprezesa Polskiego Towarzystwa Lekarskiego na
Grodzieńszczyźnie (PTLnG), do odwiedzenia Białorusi przy okazji
organizowanego przez niego zjazdu. Trochę się wahałem, bo i tematyka nie
za bardzo moja i urlop trzeba wziąć, no i koszty trzeba rozważyć.
Przeważyło poczucie obowiązku, bo dotychczas żaden prezes Federacji nie
odwiedzał bardzo licznej grupy lekarzy polskich na Białorusi.
Słowo się rzekło, kobyłka u płota, spakowałem lary i penaty, oczytałem
się w http://dir.yahoo.com/Regional/Countries/Belarus/ i wyruszyłem w
drogę. Wylądowałem na dworcu w Białymstoku, tam miał czekać autobus
Związku Polaków na Białorusi (ZPB). W miarę jak się zbliżała umówiona
godzina 14 wzrastało moje zaniepokojenie. Autobusu ani słychu, ani widu,
nie widać też nikogo, kto by wyglądał jak zjazdowicz. Wkrótce pojawiło się
dwóch uczestników podobnie zdezorientowanych, wysłaliśmy jednego z nich na
zwiady. Przyszedł z informacją, że autobus jest, stoi, ale po drugiej
stronie dworca. Kierowca doszedł do wniosku, że umawianie umawianiem, ale
on stanie tam, gdzie mu wygodnie. Drobnostka, dobrze, że jest, zabieramy
się za bagaże, schody w górę, schody w dół, jesteśmy. Pierwsze
powitania, jest m.in. Andrzej Szpakow, są koleżanki i koledzy z AM w
Białymstoku (patrz fotoreportaż pod adresem www.polmed,.org,
zdjęcie).
W końcu jedziemy i rzadko przekraczając tempo 30 osiągamy granicę.
Udaje się przejechać obok wielokilometrowej kolejki samochodów osobowych,
w miarę krótka kontrola graniczna jak przystało na "Festung Europa" przy
czym wydaje się, że główne umocnienia są pozostałością z czasów "granicy
przyjaźni", jesteśmy na Białorusi. W Grodnie też się udaje zabłądzić, w
sumie z trzygodzinnym opóźnieniem lądujemy w hotelu. Tam spotkanie z Ewą
Teslar (Paryż) i Marysią Syczewską (Baranowicze), które zniecierpliwione
spóźnieniem próbowały już osiągnąć mnie przez telefon
komórkowy. Następnego dnia, 25 czerwca br. otwarcie konferencji w
pobliskiej szkole. Konferencja odbywa się pod auspicjami ZPB i m.in.
Federacji, posiada więc aspekt polonijny, co oczywiście jest obserwowane
przez miejscowe władze z pewną dozą nieufności. Tym niemniej przyjazd
lekarzy polonijnych z Niemiec, Francji jak również dobra obsada naukowa z
Polski wywarły pozytywne wrażenie. Zarówno ja, jako prezes Federacji,
jak i przedstawiciel NIL dr Jerzy Moskwa przedstawiliśmy przy okazji
otwarcia krótkie resume problemów i możliwości w kontaktach medycznych
polonijno- i polsko-białoruskich. Myślę, że zostało ono dobrze
odebrane. W tym samym dniu zwiedzanie Grodna z jego licznymi zabytkami
architektury sakralnej (patrz fotoreportaż, j.w.), katolickiej i
prawosławnej. Osobiście zaskoczyła mnie najbardziej stojąca obok
XV-wiecznej cerkwi nad brzegiem Niemna tablica z tekstem w języku
białoruskim "Pagonja pod Grunwald 1410". Moje historyczne dociekania
ujawniły, że do zwycięstwa pod Grunwaldem przyznają się nie tylko Polacy,
ale również Litwini (o czym pamiętamy) i Białorusini (o czym zapominamy),
będący wtedy częścią skonfederowanego z Polską Wielkiego Księstwa
Litewskiego. Następny dzień odbył się pod znakiem spotkań na
Uniwersytecie Grodzieńskim. Przypomina on trochę nasze uniwersytety w
latach siedemdziesiątych, ciągły niedobór środków, brak pieniędzy na
remonty, łatanie dziur, mozaika młodej i często po stażach zagranicznych
kadry naukowej z "betonem", brak perspektyw i jednocześnie zdolni i pełni
motywacji młodzi ludzie (skąd oni to biorą). Spotkaniu z takim właśnie
człowiekiem, będącym prorektorem ds. współpracy z zagranicą zawdzięczam
ustalenie i podpisanie deklaracji o intencji rozwijania współpracy między
Federacją a Uniwersytetem Grodzieńskim. Rozmowa odbywała się w sposób
typowy dla tego przygranicznego regionu - on mówił po rosyjsku, ja po
polsku i obaj się rozumieliśmy, umowę sformułowaliśmy po
angielsku. Punktem ciężkości miałoby być rozwijanie szkoleń i
stypendiów w szczególności w zakresie Information Technology (IT), m.in. w
oparciu o programy międzynarodowe, np. program Leonardo da Vinci. W
szkoleniach tych braliby udział m.in. członkowie PTLnG; myślę, że
warsztaty internetowe lipcowego spotkania we Lwowie są dobrym wstępem do
takich szkoleń. Wieczorem spotkanie w domu ZPB, zebrało się ok. 20
koleżanek i kolegów. Spotkanie zostało ad hoc wspaniale przygotowane przez
Marię Hołownię i pozostałe panie z PTLnG. Dyskusja była długa i
ciekawa. W celu ułatwienia rozprowadzania swojego biuletynu, teraz
przesyłanego drogą elektroniczną, PTLnG otrzymało od prezesa Federacji
fundusze na zakupienie nowego kartusza do drukarki laserowej. Z ciepłym
przyjęciem spotkała się też opcja szkoleń internetowych, ale tutaj trzeba
będzie więcej czasu, żeby coś osiągnąć. Sobota: wyjazd z Andrzejem
Szpakowem do Baranowicz, odległych ok. 200 km od Grodna. Droga zajmuje nam
ok. 3 godziny. Wita nas w pięknie wybudowanym Domu Polskim Marysia
Syczewska, prezes Polskiego Towarzystwa Lekarskiego w Baranowiczach
(PTLwB). Około kilkuset dzieci uczy się tam dzięki własnemu zaangażowaniu
i dzięki wysiłkowi rodziców dodatkowo szeregu przedmiotów w języku
polskim; miałem okazję zobaczyć prezentację wspaniałego młodzieżowego
zespołu tanecznego. Spotkanie z lekarzami z PTLwB to spojrzenie w
historię - takie same problemy były w Polsce przed ok. 30 laty,
społeczeństwo jest ciągle za biedne, żeby utrzymać prywatnie
praktykujących lekarzy, ponadto na każdą prywatną inicjatywę patrzy się
podejrzliwie. Tym niemniej dzięki improwizacji i własnej
przedsiębiorczości udaje się przeżyć, jest jednak niełatwo. Myślę, że i tu
się uda uruchomić kilka inicjatyw, czy to prywatnych, czy federacyjnych,
czy też ze strony NIL (bardzo jest cenione otrzymywanie polskiego
piśmiennictwa lekarskiego), które umożliwią poprawę sytuacji. Nie odbędzie
się to jednak bez udziału samych zainteresowanych. Tutaj ponownie nie
można przecenić znaczenia kontaktów internetowych, rozbudowanych właśnie z
poparciem i udziałem Federacji Polonijnych Organizacji
Medycznych. Niedziela: koledzy z PTLwB zaplanowali dla mnie dzień
wycieczkowy. Najpierw wyjazd do Nieświeży. W siedzibie Radziwiłłów mieści
się sanatorium, cała budowla nie remontowana od kilkudziesięciu lat.
Jedyną częścią przyzwoicie utrzymaną jest kościół. W podziemiach miejsce
pochówku rodziny Radziwiłłów, papież specjalną bullą zezwolił na chowanie
zwłok w trumnach umieszczonych w kryptach podziemnych. Wszystko bardzo
porządnie utrzymane. W kościele piękne malowidła na sklepieniu i na
ścianie. Podobno cały kompleks pałacowy ma być remontowany i przeznaczony
na cele reprezentacyjne rządu białoruskiego, ale to chyba jeszcze daleka
przyszłość. Następnym przystankiem jest miejscowość i zamek Mir. Nie
będę opowiadał długiej historii tego zamku, wspomnę tylko, że też należał
do Radziwiłłów, jest chyba jedynym zachowanym kompleksem zamkowym na
Białorusi, został zaliczony do zabytków kultury światowej przez UNESCO. O
miejscowości Mir opowiada się następującą historię: na każdym rogu
czworokątnego rynku miasteczka znajdowała się świątynia innego wyznania:
kościół rzymskokatolicki, meczet, cerkiew i synagoga. Podobno wszystkie
wyznania współistniały bez waśni i pogromów. Ciekawy przykład, myślę, że
współcześnie trudny do naśladowania. Być może, jak to w przekazach
słownych, był to i w tych czasach "Wunschdenken" (najtrafniej chyba
przetłumaczyć przez "pobożne życzenie", dosłownie "życzeniowe
myślenie"). No i wreszcie ostatni i najprzyjemniejszy punkt wycieczki:
jezioro Świteź. Rzeczywiście położone wśród ciemnych lasów, w lecie
ulubiony punkt wycieczek i pikników z możliwością zanurzania się w
przejrzystej wodzie. Jest maj, trochę zimno więc rezygnujemy z tej
przyjemności, za to urządzamy piknik. Tuż nad jeziorem dwa kamienie z
cytatem z poematu Mickiewicza
(fot.), napis po polsku i po białorusku: Gdykolwiek będziesz w
nowogrodzkiej stronie, do Płużyn ciemnego boru wjechawszy, pomnij
zatrzymać twe konie być się przypatrzył jezioru
Jakub Bodziony
Autor jest prezesem Federacji Polonijnych Organizacji Medycznych
www.polmed.org |
Gazeta Lekarska Polskich Lekarzy za Granicą
|
|